Prawda jest niestety taka, że nawet najwięksi zwolennicy Warszawy, czy też ogólnie dużych miast, muszą czasem odpocząć od zgiełku, hałasu i "zapachu" wielkiej metropolii. Ja nie wiem, co bym zrobiła bez mojej działki.
Jest to działka moich rodziców, na Podlasiu, nad rzeką Bug - wspaniałą rzeką, niewiele węższą od Wisły, a znacznie jeszcze czystszą i bardziej dziką. Dookoła są piękne lasy (głównie sosnowe, ale są też mieszane, jest wiele brzóz, buków, itp.). Uwielbiam tam być w czasie wakacji, gdy jest ciepło i można wypoczywać cały dzień na powietrzu. Często zapraszam tam znajomych, robimy sobie małe "imprezy" przy ognisku. Działka to naprawdę wspaniała rzecz dla "mieszczucha". Pozwala odetchnąć i mieć dla siebie taki "drugie życie", zupełnie inne od tego codziennego życia w stolicy, cokolwiek by się o niej nie powiedziało i jakkolwiek bardzo by się nie lubiło swojej małej dzielnicy Żoliborz;-).
Ogromnie lubię łowienie ryb. Podobno jest to rozrywka czysto męska, ale to nieprawda. To rozrywka dla każdego, kto umie docenić piękno przyrody, spokoju i wyciszenia, jakie można odnaleźc nad rzeką. Tak naprawdę ja nie chodzę na ryby po to, żeby złowić rybę (chociaż sam moment złowienia ryby jest swoistym przeżyciem, bardzo fajnym i dającym dużo satysfakcji). Wędkarstwo daje mi przede wszystkim wyciszenie i spokój wewnętrzny. Pozwala kontemplować przyrodę. Można by powiedzieć - to w zasadzie po co chodzić z wędką, można by po prostu chodzić na spacery. A jednak to nie byłoby to samo. Nie wiem, w czym tkwi sekret, ale to połączenie wędkarstwa z kontemplowaniem przyrody jest wyjątkowe i nie do porównania ze zwykłym spacerem. Może przez to, że "przeżywając" przyrodę, wczuwając się w jej ciszę i klimat, równocześnie walczy się z nią (bo przecież łowienie ryb jest jak walka, jak polowanie)?